(Pierwotnie opublikowano na Tangled Webs UK).)

W wieku 32 lat odkryłam, że jestem dzieckiem poczętym od anonimowego dawcy (ojca). Spadło to na mnie, delikatnie mówiąc, niczym bomba. Różne dziwne rzeczy nagle zaczęły mieć sens: brak podobieństwa do mojego przybranego ojca, nie wspominając o napięciach między nami. Nagle stało się dla mnie jasne skąd u mnie to częste poczucie, że gdzieś nie pasuję: w domu.. w kościele.. w pracy.. w różnych sytuacjach towarzyskich. Pod wieloma względami odkrycie to, dało mi poczucie wydostania się na wolność. Tak jakbym dotychczas przebywała w pewnego rodzaju klatce dla ptaków, której drzwiczki nagle otworzyły się, albo jakby jakaś zapadnia gwałtownie odskoczyła pod moimi stopami. Z jednej strony poczułam ulgę, że już nie muszę ciągle pracować nad dostosowaniem się, udawać kogoś innego (nawyk ten jednak powraca i cały czas się z nim zmagam, ale o tym później). Z drugiej strony jednak, za otwartymi drzwiami mojej klatki, znalazłam tylko całkowitą ciemność. Moja mama nie mogła podać mi żadnych informacji o moim ojcu/dawcy i zapewniła mnie (słusznie), że nie ma nadziei na wydobycie jakichkolwiek danych z kliniki, nawet gdyby ta nadal istniała. 

To było 10 lat temu. Na początku zapewne dlatego, że miałam małe doświadczenie i działałam nieudolnie, nie mogłam znaleźć niczego, co by mi pomogło - ani w Internecie, ani w bibliotekach. Czułam się wtedy straszliwie samotna. Przez co najmniej dwa lata targały mną nieznośnie intensywne emocje. Byłam wściekła na mojego przybranego ojca za to, że mnie oszukiwał. Jeszcze większy gniew czułam w stosunku do kliniki za to, że umożliwiła taki proceder oraz do rządu, że umywał ręce od odpowiedzialności. Moje uczucia wobec dawcy/ojca były jeszcze bardziej skomplikowane. Instynktownie pragnęłam go pokochać, skierować w jego stronę uczucia, które nie znalazły do końca odzewu u mojego przybranego ojca. Jak dziecko, chciałam zobaczyć jego oczy i usłyszeć jego głos. Niestety on mnie porzucił, oddał. Dla niego znaczyłam mniej niż nic. Długo zmagałam się z nieodłączną, błędną logiką sytuacji. Myślałam, że gdybym go znalazła, to zjednoczyłoby całą rodzinę. Jednak, to niemożliwe. Jak wiele moich przyrodnich sióstr i braci żyje gdzieś tam na świecie? Jak wszyscy moglibyśmy się zjednoczyć? Tak wiele matek i ich naturalnych dzieci, żyjących różnych układach rodzinnych?

Wyjawienie mi tajemnicy mojego poczęcia, wcale nie przyniosło mamie ulgi. Zamieniła jedynie jeden sekret na drugi. Wcześniej żyła w strachu, że się dowiem. Kiedy już wiedziałam, zaczęła bać się, że opowiem o tym innym. Przez pierwsze pięć miesięcy zabraniała mi mówić ojcu, że wiem. Na szczęście w końcu sama mu powiedziała. Okazało się, że tata poczuł ulgę, że nie musi mnie dalej okłamywać. Mimo, że obecnie mama mniej więcej oswoiła się z faktem, że o tym mówię w prywatnych rozmowach (tu używam pseudonimu) to przez kilka lat musiałam żonglować między moją potrzebą mówienia a lękiem mamy przed wstydem i obnażeniem.

Kolejną cechą następnych lat była moja napięta relacja z tatą. Oboje czuliśmy ogromną presję, aby nic się między nami nie zmieniło. Wiedziałem, że był przerażony, Bał się, że nasza relacja może się rozpaść. Musiałam więc ciężko pracować, aby wszystko wyglądało dobrze. Ale faktem jest, że czułam złość i przerażenie. Pod wieloma względami czułam się, jakbym została zgwałcona. Coś cennego (moje zaufanie i niestrzeżone uczucie) zostało mi odebrane pod fałszywym pretekstem. Zaczęłam zauważać, jak tata ignoruje lub umniejsza to, w czym się od niego różnię. Jednocześnie nie chciałam, aby poznał głębię i siłę moich negatywnych uczuć wobec niego. Był i nadal jest dla mnie dobry na wiele sposobów. Wiedziałem też, że to moja mama narzuciła mu utrzymanie mojego poczęcia w tajemnicy, mimo że on miał na ten temat inne zdanie. Mama z kolei działała zgodnie z instrukcjami kliniki. Tata więc też był ofiarą.

Najlepszym krokiem jaki podjęłam w tamtym czasie, było zrobienie sobie przerwy od tej trudnej sytuacji. Wyjechałam do Australii i spędziłam tam kilka lat. Jak dobrze było żyć po drugiej stronie świata i móc dzielić się swoją historią z ludźmi, którzy nigdy nie spotkają moich rodziców. Poznałam wspaniałych doradców, którzy pomogli mi rozwikłać moje myśli i emocje. Nawiązałam również kontakt z Grupą Wsparcia Osób Poczętych od Dawcy w Sydney, dzięki której poznałem Joannę Rose. Joanna następnie otworzyła mi drogę do całej nieformalnej sieci wsparcia.

Przełom nastąpił pewnego dnia w 2005 roku, kiedy dzięki organizacji UK „UKDonorLink” odkryłam nazwiska kilkorga moich przyrodnich braci i sióstr. Był pośród nich naturalny syn mojego dawcy i dzięki temu poznałam w końcu tożsamość mojego biologicznego ojca. Mimo, że dzięki nieustannej pracy na sobą, byłam już wtedy w całkiem dobrej formie psychicznej, nie jestem w stanie opisać jak ogromny wpływ to na mnie wywarło. W jednej chwili wszystko się zmieniło. Poczułam się bardziej stabilna i zniknął cały wstyd, który gdzieś tam zawsze mi w towarzyszył. Już nie czułam potrzeby przepraszania za mój wygląd ani za sposób działania mojego umysłu. Jak na ironię, znacznie łatwiej mi radzić sobie w relacji z tatą, odkąd poznałam tożsamość mojego ojca-dawcy. Dzięki temu mogę działać na podstawie tego, kim jestem i łatwiej, o wiele łatwiej jest radzić sobie z naszymi różnicami.

Odkrycie tożsamości mojego biologicznego ojca sprawiło, że bycie człowiekiem poczętym od dawcy stało się dla mnie bardziej znośne. Nieznajomość tożsamości dawcy jest niczym dryfowanie na środku wielkiego, bezkształtnego oceanu. Teraz, kiedy wiem kim był (i oczywiście mam kontakt z moim przyrodnim rodzeństwem) moje życie ma konkretną formę i punkty orientacyjne. Czuję się normalnie!

Nadal zmagam się z nienawiścią do samej siebie. Nienawiścią, którą pielęgnowałam w sobie przez te wszystkie lata, kiedy myślałam, że jestem córką mojego przybranego ojca. Nigdy nie potrafiłam być taka jak on i robić rzeczy w podobny jak on sposób. To doprowadzało mnie do wniosku, że jestem bezwartościowa. Nadal zmagam się z tym poczuciem, zwłaszcza w moim życiu zawodowym. Prawie nieustannie odczuwam kompulsywną potrzebę nadmiernych osiągnięć a także zmagam się z intensywnym samokrytycyzmem. Czuję niemal śmiertelny strach przed tym, że coś nie wyjdzie mi w pracy. Wiem, że jest to najpilniejszy problem, nad którym muszę popracować.

Trudno jest żyć w społeczeństwie, które tak szybko dekonstruuje rodzinę, a nawet ludzkość. Płeć, płodność i rodzina są w trakcie redefinicji, a polityczna poprawność utrudnia jakikolwiek sprzeciw. Jako człowiek poczęty od dawcy żyję po drugiej stronie tego społecznego i biologicznego eksperymentu. To o czym tutaj mówię jest czymś więcej niż tylko opinią, jest potwierdzeniem, że tradycyjne punkty orientacyjne, tj. ojcostwo, rodzina, tożsamość - to nie przestarzałe konstrukty społeczne, ale solidne realia.

Sprawdź naszą nową książkę!

Ta książka łączy badania o złotym standardzie z setkami historii od dzieci, z których wiele nigdy wcześniej nie zostało opowiedzianych.

EnglishPolski
Udostępnij to